Nie napisała, że przeprasza. Nie napisała, że nie wiedziała o mnie. Napisała jedno zdanie, które czytam do dziś, kiedy nie mogę zasnąć: – Wiedziałam o tobie od początku. On mówił, że to skomplikowane, ale że kocha was obie.
Kocha was obie.
Siedziałam nad tym zdaniem, aż za oknem zaczęło świtać. Bogdan kochał nas obie – mnie w Krakowie i ją w Dublinie. Mnie z Kasią i ją z Liamem i Ciarą. Dwa domy, dwa zestawy prezentów świątecznych, dwa komplety kłamstw. I jedno serce, które najwyraźniej było pojemniejsze, niż myślałam.
Kasia nie wie. Nie powiedziałam jej – nie wiem, jak miałabym to zrobić. Jak powiedzieć córce, że ojciec, którego właśnie pochowała, miał drugie dzieci? Że brat i siostra, których nigdy nie miała, mieszkają za morzem i mówią po angielsku? Że piórnik z Berlina był prawdopodobnie kupiony na lotnisku w Dublinie?
Zdjęcia leżą w szufladzie, pod rachunkami za prąd – dokładnie tam, gdzie Bogdan pewnie schowałby je sam, gdyby mógł. List od Aoife – w kopercie, w torebce, którą noszę ze sobą. Nie wiem dlaczego. Może dlatego, że to jedyny dowód, że nie zwariowałam. Że te dwadzieścia osiem lat nie były takie, jak myślałam.
Ostatnio myślę o tym, co Bogdan powiedział mi, kiedy zapytałam go, czy nie żałuje, że nie ma rodziny. Był wtedy w szpitalu, trzy tygodnie przed śmiercią. Leżał podłączony do kroplówki, wychudzony, z oczami, które już patrzyły gdzieś daleko.
CIĄG DALSZY NA NASTĘPNEJ STRONIE