– Mamo, ja przepraszam. Powinnam była ci powiedzieć.
– Co mi powiedzieć? Że chcecie mnie sprzedać razem z meblami?
– Nie chcemy cię sprzedać. Damian… on panikuje. Mamy długi, mamo. Nie takie małe.
Patrzyłam na nią i widziałam małą dziewczynkę, która przybiegała do mnie z rozbitym kolanem. I widziałam dorosłą kobietę, która pozwoliła swojemu mężowi wystawić na sprzedaż mieszkanie swojej matki, nie pytając matki o zdanie. I obie te osoby były tą samą Agnieszką.
– Dlaczego mi nie powiedziałaś, że macie kłopoty? – zapytałam.
– Bo wstydziłam się – szepnęła. I to akurat brzmiało prawdziwie.
Zrobiłam herbatę. Tę samą, z cytryną, którą robiłam Agnieszce od trzydziestu lat. Siedziałyśmy naprzeciwko siebie w kuchni sfotografowanej przez obcego mężczyznę, i Agnieszka opowiadała mi o długach, o zleceniach, które nie przyszły, o ratach, których nie udźwignęli. Nie o wszystkim, pewnie. Ale o wystarczająco dużo, żebym zrozumiała, że to nie był złośliwy plan. To był rozpaczliwy.
CIĄG DALSZY NA NASTĘPNEJ STRONIE