– A ty nie wiedziałaś? – zapytałam.
Znowu cisza. Krótsza, ale gorsza. Bo w tej ciszy usłyszałam odpowiedź.
Wiedziała. Może nie o ogłoszeniu. Ale o planie – wiedziała.
Przez następne trzy dni nie odbierałam telefonów od Agnieszki. Dzwoniła rano, w południe, wieczorem. Za trzecim razem zostawiła wiadomość głosową, której nie odsłuchałam. Nie dlatego, że byłam zła. Byłam, ale nie o to chodziło. Chodziło o to, że musiałam najpierw zrozumieć, co to właściwie znaczy.
Moja córka i jej mąż patrzyli na moje mieszkanie – na czterdzieści lat mojego życia, na ściany, które pamiętają pierwszy płacz Agnieszki i ostatni oddech Henryka – i widzieli kwotę. Obniżoną kwotę. Ze względu na szybką transakcję.
W piątek poszłam do prawnika. Pani mecenas, młoda kobieta w okularach, wysłuchała mnie spokojnie i powiedziała rzecz, którą wiedziałam, ale potrzebowałam usłyszeć na głos: nikt nie może sprzedać mojego mieszkania beze mnie. Jestem jedyną właścicielką, nie udzielałam nikomu pełnomocnictwa, ogłoszenie jest nielegalne i mogę zgłosić sprawę.
– Czy chce pani zgłosić? – zapytała.
Pokręciłam głową. Jeszcze nie. Jeszcze nie wiedziałam, co chcę z tym zrobić.
W sobotę przyszła Agnieszka. Sama, bez Damiana. Siedziała na kanapie w dużym pokoju, w tym samym miejscu, gdzie jako dziewczynka oglądała bajki, i miała czerwone oczy.
CIĄG DALSZY NA NASTĘPNEJ STRONIE