Żadnych pytań. Żadnych pogawędek. Tylko tyle.
O dziwo, pomogło mi to bardziej niż wszystkie przemówienia w stylu „jesteś taka silna”.
Grudzień stał się okrutny.
W bibliotece pojawiły się dekoracje; dzieci się bawiły, z małego głośnika płynęły kolędy.
Wróciłem do domu, który wydawał się za duży.
Zrobiłem to, co musiałem.
Uśmiech.
Skanuj.
Zapisz.
Wracam do domu, który wydawał się za duży.
Dzień przed Bożym Narodzeniem panował przenikliwy chłód.
Jej ręce drżały.
Chwyciłem wyblakły polarowy koc, napełniłem termos herbatą, zrobiłem sobie kanapkę, włożyłem krakersy do torebki i upchałem wszystko do torebki.
Kiedy wysiadłem z autobusu, siedziała na ławce z opuszczonymi ramionami i gazetą w dłoni.
„Cześć” – powiedziałem. „Przyniosłem kilka rzeczy”.
Rozłożyłem koc na jej kolanach, odłożyłem torbę i podałem jej termos.
Jej ręce drżały.
CIĄG DALSZY NA NASTĘPNEJ STRONIE