Gałęzie drapały mój płaszcz. Suche liście chrzęściły pod moimi butami. Co chwila zerkałam przez ramię, mając nadzieję, że ktoś mnie zobaczy i zapyta, co robię, żebym mogła się roześmiać, udawać, że popełniłam błąd i wyjść.
Nikt nie przyszedł.
Schody wejściowe skrzypiały pod moim ciężarem.
Z bliska drzwi wyglądały gorzej, niż sobie wyobrażałam. Drewno było spuchnięte i popękane, a mosiężna klamka zimna w dotyku.
Myślałam, że będą zamknięte.
Ale nie były.
Drzwi otworzyły się z długim, bolesnym skrzypnięciem, które sprawiło, że serce podskoczyło mi do gardła. Stałam w drzwiach przez chwilę, jedną ręką wciąż trzymając klamkę, czekając, aż coś się wydarzy. Alarm. Krzyk. Szop pracz wyskoczy z ciemności.
Nic.
Dom był…
CIĄG DALSZY NA NASTĘPNEJ STRONIE