Potem jeden spacer wokół bloku zamienił się w trzy, a trzy stały się nawykiem.
Wiosną wiedziałem już, które domy mają dzwonki wietrzne, które ganki pachną dymem papierosowym i które psy szczekają, zanim jeszcze dotarłem do ich płotów.
Ta noc była zimniejsza, niż się spodziewałem. Niebo było ciemnoniebieskie, jeszcze nie całkiem czarne, a latarnie właśnie zaczęły się zapalać, jedna po drugiej.
Wyszedłem z mieszkania po kolacji bez konkretnego planu, ubrany w stary szary płaszcz i trampki, które nie nadawały się na długie spacery, ale które towarzyszyły mi już na wielu.
Przeszedłem obok piekarni na Center Street.
Właściciel mył okno. Minąłem małą pralnię, która zawsze pachniała detergentem i gorącym metalem. Potem skręciłem w ulicę, której zazwyczaj unikałem, ponieważ prowadziła do jednej z najstarszych dzielnic.
Tam domy były bardziej rozproszone, z szerokimi podwórkami i wysokimi drzewami, które rzucały długie cienie na chodnik.
Niektóre były ładne, na swój własny, lekko zniszczony sposób, z szerokimi werandami, popękanymi kamiennymi schodami i witrażami, które z pewnością wyglądały oszałamiająco w słońcu.
Pewnego wieczoru, wędrując po starej dzielnicy, mój wzrok przykuł duży, opuszczony dom na końcu ulicy.
Zatrzymałem się.
Dom stał za zardzewiałym, żelaznym płotem, częściowo ukryty wśród chwastów i dzikich krzewów, które zajęły prawie cały podwórko. Był większy od pozostałych, trzypiętrowy, z łuszczącą się białą farbą i ciemnymi oknami, które wyglądały jak zamknięte oczy.
CIĄG DALSZY NA NASTĘPNEJ STRONIE