Nie wyszłam z domu. Nie wyrzuciłam go. Nie zrobiłam żadnej z tych rzeczy, które bohaterki seriali robią w takich momentach. Siedziałam i próbowałam zmieścić w głowie to, że mój mąż od dwóch lat ma drugie życie. Nie kochankę – córkę. Dorosłą kobietę z dzieckiem, która mówi do niego “proszę pana”, bo na “tato” jest jeszcze za wcześnie.
A może za późno.
Wojciech zaproponował, żebym poznała Natalię. Powiedziałam, że muszę pomyśleć. Mówił, że niczego nie ukrywał ze złośliwości, że się po prostu bał. Wierzyłam mu. Znałam go trzydzieści siedem lat i wierzyłam, że ten mężczyzna potrafi przez dwa lata unikać rozmowy z czystego strachu. To do niego pasowało – Wojciech nigdy nie umiał mówić o trudnych rzeczach. Rachunki regulował bez słowa, ale powiedzieć “martwię się” albo “zrobiłem błąd” – na to potrzebował lat.
W sobotę poszłam na spacer. Sama, bez celu, bez telefonu. Szłam przez park Południowy tą samą alejką, przy której Wojciech rzekomo grywał w szachy z Mirkiem. Ławki były puste. Bzy kwitły tak intensywnie, że aż bolało w gardle od zapachu.
CIĄG DALSZY NA NASTĘPNEJ STRONIE