– Jaka dziewczynka? – zapytał.
– Ta, którą odbierasz we wtorki zamiast grać w szachy z Mirkiem.
Cisza. Wojciech odłożył herbatnik na spodek. Patrzył na blat stołu. Potem na mnie. Potem znów na blat.
– Danusia, ja ci wszystko wytłumaczę.
– To wytłumacz.
Wytłumaczenie trwało ponad godzinę. Herbata w filiżankach zdążyła kompletnie wystygnąć.
Przed naszym ślubem – rok przed naszym ślubem – Wojciech spotykał się z pewną kobietą. Krótko, kilka miesięcy. Kobieta nazywała się Basia. Kiedy oznajmiła mu, że jest w ciąży, Wojciech spanikował.
Miał dwadzieścia sześć lat, pracę na budowie, stancję na poddaszu i żadnego pomysłu na życie z kimś, kogo nie kochał. Basia powiedziała, że sobie poradzi. Wyjechała do rodziny na Śląsk. Wojciech odetchnął z ulgą, poznał mnie, ożenił się, zbudował dom, wychował syna.
Przez trzydzieści siedem lat nie wiedział, co się stało z Basią i dzieckiem. Nie szukał. Nie pytał. Zamknął to w sobie jak w skrzynce, którą wkopał gdzieś na dnie pamięci.
Dwa lata temu skrzynka wróciła.
Natalia – tak miała na imię córka Basi – znalazła go przez internet. Napisała wiadomość. Krótką, rzeczową. Że nie oczekuje niczego, że nie chce pieniędzy, że Basia nie żyje od trzech lat, że ma córeczkę Zosię i że chciałaby po prostu wiedzieć, kim jest jej ojciec.
Wojciech pojechał się z nią spotkać. Raz. Potem drugi raz. Potem zaczął odbierać Zosię z przedszkola we wtorki, bo Natalia pracowała na zmiany i nie miała kogo poprosić o pomoc. Nie powiedział mi, bo – jak twierdził – nie wiedział jak. Bo się bał. Bo z każdym tygodniem było trudniej powiedzieć.
– Nie wiedziałem, jak ci to powiedzieć – powtórzył. – Nie wiedziałem, co powiesz.
– Więc nie powiedziałeś nic.
– Nie powiedziałem nic.
Siedzieliśmy przy stole z zimnymi herbatami i niedojedzonymi drożdżówkami. Za oknem blokowisko tonęło w popołudniowym słońcu, ktoś na balkonie poniżej podlewał pelargonie. Zwykły czwartek. Nasz wspólny dzień.
CIĄG DALSZY NA NASTĘPNEJ STRONIE