6. PRAWNIK
Następnego dnia zadzwoniłem do prawnika.
Nie chciałem wytaczać procesu.
Jeszcze nie.
Chciałem wiedzieć, na czym stoję.
Przesłałem mu umowę, e-maile z procesu rekrutacji, wiadomości wymienione z Pierre’em przed wyjazdem oraz dokumentację dotyczącą oferty.
Prawnik potrzebował niespełna godziny, by zwrócić uwagę na istotną kwestię.
Oficjalna umowa faktycznie zawierała zapis o okresie próbnym.
Jednak w kilku wcześniejszych e-mailach kwestię mojego wynagrodzenia opisano inaczej.
Co więcej, były też wiadomości, w których wprost pytałem o miesięczną pensję.
Pierre odpisał:
„Ustalona kwota to ta, którą otrzymasz w ramach oferowanego pakietu. Nie przejmuj się formalnościami”.
Prawnik przerwał w tym miejscu.
„Sprawa nie jest tak prosta, jak im się wydaje”.
„Czy mogę mieć kłopoty przez to, że odchodzę?”
„Mogą próbować. Ale to, czy faktycznie chcą, by sąd analizował kulisy mojego zatrudnienia, to już inna kwestia”.
Uśmiechnąłem się.
„Wątpię”.
„Ja też”.
Potem zadał kolejne pytanie.
„Czy zachowujesz jakiekolwiek prawa własności intelektualnej do tego systemu?”
„Zgodnie z umową cały kod napisany w trakcie mojego zatrudnienia należy do firmy”.
„Dobrze. Czy zainstalowałeś jakąś funkcję wywołującą tę awarię?”
„Nie”.
„Jakiś mechanizm zdalnego sterowania?”
„Nie”.
„Tak zwany »kill switch«, czyli wyłącznik awaryjny?”
„Nie”.
„Czy celowo zablokowałeś możliwość przywrócenia systemu?”
„Nie”.
„W takim razie nie dotykaj teraz niczego bez pisemnego porozumienia”.
To ostatnie zdanie było dokładnie tym, co musiałem usłyszeć.
Bo do tej pory Pierre ciągle dzwonił, jakbym miał moralny obowiązek ich ratować.
Nie miałem.
System należał do nich.
Byli też odpowiedzialni za to, co z nim zrobili.
CIĄG DALSZY NA NASTĘPNEJ STRONIE