— Dowieziemy. Musimy. Do miasta jeszcze kawałek — odpowiadał, zaciskając dłonie na lejcach. — Gdyby nie to, że stara akuszerka Helena złamała nogę… byłaby z nami.
Los był okrutny. Jedyna położna w okolicy leżała unieruchomiona, a niemiecki feldszer z sąsiedniej wioski został wezwany do „pilnego przypadku”. Kalina była sama.
— Myśl o dziecku — szeptała Maria. — O twoim Łukaszu… on gdzieś tam jest, może na froncie… musisz żyć dla niego.
Kalina tylko zaciskała zęby.
Gdy w końcu przez mgłę pojawiły się kominy Gdańska, Maria wskazała drżącą ręką:
— Tam… tam jest szpital…
Furma wjechała na dziedziniec dokładnie w chwili, gdy odeszły jej wody. W środku pachniało jodyną, dymem i strachem. Wojna wdarła się nawet tutaj – ranni żołnierze leżeli na korytarzach, a pielęgniarki biegały jak cienie.
Kalina trafiła do małej sali porodowej. Metalowe łóżko, zimna lampa, ściany jak z kamienia. Maria nie chciała jej zostawiać, ale wyrzucono ją na korytarz.
Godziny później krzyk noworodka przeciął powietrze jak ostrze.
— Dziewczynka… — powiedziała pielęgniarka.
— Zosia… — wyszeptała Kalina, przyciskając dziecko do piersi. — Tak miał powiedzieć Łukasz… jeśli będzie dziewczynka.
Maria stała w drzwiach i płakała bezgłośnie.
Wojna nie dawała jednak czasu na szczęście. Kalina chciała napisać list do męża, ale pielęgniarka tylko machnęła ręką:
— Papier później. Tu mamy chaos.
CIĄG DALSZY NA NASTĘPNEJ STRONIE