„Ukradłam cudze niemowlę z oddziału położniczego w czterdziestym pierwszym roku, żeby je ocalić… a osiemnaście lat później przeszłość zapukała do moich drzwi – w oczach dorosłej dziewczyny, która nie wiedziała, kim naprawdę jestem.”
Listopad 1941 roku w okupowanej Polsce był jak stal: zimny, twardy i bezlitosny. Droga z Kaszub w stronę Gdańska przypominała rozorane pole bitwy – koleiny pełne błota, niemieckie ciężarówki, wozy chłopskie i ludzie idący pieszo, zgięci jakby wiatr chciał ich połamać.
W takim świecie trzęsła się furmanka Marii i Tychona. Na sianie leżała ich córka Kalina – młoda, wyczerpana, z twarzą bladą jak popiół. Poród zaczął się nagle, brutalnie, bez litości. Każdy wstrząs wozu wyrywał z niej cichy jęk.
— Nie dowieziemy jej… Tychonie… — szlochała Maria, ściskając jej dłoń przez koc.
CIĄG DALSZY NA NASTĘPNEJ STRONIE