Michał nie był opiekuńczy. Michał był jak Tadek. Robiący rzeczy za plecami, bo był pewien, że wie lepiej.
“Ile wziąłeś?” – zapytałam.
“Sto pięćdziesiąt tysięcy.”
Zamknęłam oczy. W sklepie z pasmanteriami na Wildzie, tym, w którym stałam za ladą od dwudziestu pięciu lat, robiłam w najlepszym miesiącu tyle, ile on właśnie postawił na jednym podpisie.
“Chcę, żebyś oddał mi ten udział” – powiedziałam.
“Mamo, nie mogę. Jest hipoteka. Dopóki nie spłacę…”
“To spłać.”
Wstał. Stał nade mną, duży, szeroki w ramionach, i przez sekundę pomyślałam, że mi się sprzeciwi. Ale tylko kiwnął głową i wyszedł.
To było osiem miesięcy temu. Michał spłaca raty – przynajmniej tak mówi. Nie sprawdzam, bo pani mecenas Woźniak złożyła w moim imieniu wniosek o zniesienie współwłasności. Sprawa jest w sądzie. Michał się zgodził na odkupienie jego udziału przeze mnie, ale pieniądze muszę wziąć ze sprzedaży sklepu. Tego sklepu, który prowadziłam pół życia.
CIĄG DALSZY NA NASTĘPNEJ STRONIE