Kiedy mój syn znalazł brudnego, jednookiego pluszowego misia, na wpół zakopanego w trawie, nie chciałem go zabrać do domu, ale syn nie chciał puścić. Tej nocy, kiedy głaskałem go po brzuszku, gdy spał, coś w nim zaskoczyło i drżący głos wyszeptał jego imię, błagając o pomoc.
Każdej niedzieli mój syn Mark i ja chodziliśmy razem na spacer.
Chodziliśmy na te spacery od dwóch lat, odkąd zmarła moja żona.
Nieważne, jak bardzo byłem zmęczony, ile papierów piętrzyło się na moim biurku, czy ile maili nie odpowiedziałem, chodziliśmy. Tylko we dwoje.
Mark tego potrzebował. Cholera, ja też.
Każdej niedzieli mój syn Mark i ja chodziliśmy razem na spacer.
To inteligentny chłopiec. Łagodny w sposób, który czasami mnie przeraża, bo świat nie odwzajemnia się tym samym.
Odkąd zmarła jego matka, wszystko stało się dla niego ostrzejsze. Wzdryga się na nagłe dźwięki i zadaje pytania, na które nie wiem, jak odpowiedzieć.
Patrzy na mnie, jakby czekała, aż zniknę.
CIĄG DALSZY NA NASTĘPNEJ STRONIE