Piątego dnia poszłam do zakładu jak co dzień. Czesałam panią Krysię z parteru, która przyszła na farbowanie. Opowiadała mi o wnuku, o tym, jak dobrze rysuje, jaki zdolny. Ja kiwnęłam głową, uśmiechnęłam się, nałożyłam farbę na odrosty. Kiedy wyszła, usiadłam w pustym zakładzie i wyjęłam z kieszeni telefon.
Siedem nieodebranych od Bogdana. Jeden SMS: “Wiem, że nie zasługuję. Ale proszę. Wpuść mnie chociaż porozmawiać.”
Patrzyłam na te słowa długo. Myślałam o trzydziestu trzech latach. O tym, jak trzymał mnie za rękę na porodówce, kiedy rodził się Damian. O tym, jak naprawiał mi kran o drugiej w nocy, bo kapał i nie mogłam zasnąć.
O tym, jak przytulał mnie, kiedy umarła mama, i nic nie mówił, bo wiedział, że słowa nie pomogą. I o tej spince z perełką. O Dorocie z Gostynina. O koszuli, którą kupił sam. O telefonie noszonym do łazienki.
Czy trzydzieści trzy lata można wymazać jedną spinką?
Nie wiem. Naprawdę nie wiem.
Siedzę tu, w pustym zakładzie, z telefonem w ręce, i patrzę na jego wiadomość. Za chwilę zamknę na klucz, wrócę do domu, usiądę przy tym samym kuchennym stole. I będę musiała zdecydować, czy przekręcam zamek w drzwiach jeszcze raz – czy otwieram.
Ta spinka wciąż leży na stole. Mała, z perełką. Taka, jakich nie noszę od lat.
