Siedziałam w tej kuchni nie wiem jak długo. Z łokciami na blacie, twarzą w dłoniach. Tylko że tym razem nie myślałam o tym, co ugotować na kolację. Myślałam o kobiecie, która pisze do mojego męża, żeby kupił mleko do kawy. Jak żona. Jak ja.
Otworzyłam szufladę komody. Spinka leżała tam, gdzie ją schowałam. Wzięłam ją i położyłam na środku kuchennego stołu.
Bogdan wrócił o siódmej. Wszedł do kuchni, zobaczył spinkę i stanął. Nie musiałam nic mówić. Wiedział. Wiedziałam. I oboje wiedzieliśmy, że to, co się teraz stanie, zmieni wszystko.
– Wiesia… – zaczął.
– “Zdzisiek 2” – powiedziałam. – Tak ją zapisałeś w telefonie?
Usiadł naprzeciwko mnie. Wyglądał jak człowiek, który właśnie usłyszał diagnozę. Ręce mu drżały. Ten duży, silny mężczyzna, który przez trzydzieści lat dźwigał meble, zmieniał koła, remontował łazienkę – teraz nie mógł utrzymać dłoni na blacie.
– To nie jest tak, jak myślisz – powiedział.
– Bogdan, nie rób mi tego – odpowiedziałam. – Nie teraz. Nie po trzydziestu trzech latach.
Opowiedział. Dorota, pięćdziesiąt lat, rozwódka z Gostynina. Poznali się nad jeziorem, ona też łowiła. Zaczęło się od rozmów, od kawy z termosu na pomoście, od wspólnych powrotów. Mówił, że nie planował, że samo się stało, że przeprasza. Mówił to wszystko, co mówią mężczyźni, którzy zostali przyłapani – słowa, które brzmią jak formułki z poradnika, nawet jeśli są szczere.
Słuchałam go i czułam, jak coś we mnie pęka. Nie nagle, nie z hukiem – cicho, jak pęka lód na kałuży pod koniec zimy. Trzydzieści trzy lata. Trzydzieści trzy lata prania jego koszul, gotowania jego rosołów, czekania, kiedy wróci z trasy.
– Spakuj torbę – powiedziałam w końcu. Spokojnie, jakbym prosiła go o wyniesienie śmieci.
– Wiesia, proszę…
– Spakuj torbę i jedź. Do Zdzisia, do Damiana, gdziekolwiek. Nie chcę cię tu dzisiaj.
Spakował. Stał jeszcze chwilę w przedpokoju, z tą torbą w ręce, i patrzył na mnie, jakby czekał, że zmienię zdanie. Nie zmieniłam. Zamknęłam za nim drzwi i przekręciłam zamek.
Pierwszą noc spałam zaskakująco dobrze. Może dlatego, że wreszcie przestałam udawać. Drugiego dnia zadzwoniła Patrycja – Bogdan do niej dotarł, nocował u Damiana, a Damian zadzwonił do siostry, bo nie wiedział, co robić z ojcem, który siedzi w jego kawalerce i płacze.
– Mamo, co się stało? – pytała Patrycja.
– Zapytaj ojca – odpowiedziałam.
Trzeciego dnia Bogdan zaczął dzwonić. Raz, dwa, pięć razy dziennie. SMS-y: “Wiesia, porozmawiajmy”, “Przepraszam”, “Wracam do domu, proszę”. Nie odpowiadałam. Czwartego dnia przyszedł pod drzwi. Słyszałam, jak stoi na klatce, jak oddycha. Nie otworzyłam.
CIĄG DALSZY NA NASTĘPNEJ STRONIE