Siostra Basia zadzwoniła w kwietniu.
– Danka, pamiętasz, jak mówiłyśmy, że kiedyś pojedziemy do Włoch?
Mówiłyśmy o tym od piętnastu lat. Zawsze coś stało na przeszkodzie. Zbyszek nie lubił latać. Zbyszek mówił, że to za drogo. Zbyszek uważał, że zagraniczne wyjazdy to fanaberia.
– Jedźmy – powiedziałam.
Bilety kupiłam sama, przez internet. Pierwszy raz w życiu. Kasia wytłumaczyła mi przez telefon, jak działa rezerwacja hotelu, jak kupić ubezpieczenie podróżne, jak sprawdzić kurs euro. Za każdym razem, gdy coś mi się udawało, czułam absurdalną dumę – jak dziecko, które pierwszy raz samo kupiło bułki w sklepie. I jednocześnie złość, że pięćdziesięcioośmioletnia kobieta cieszy się z rzeczy, które powinna umieć od lat.
W maju z Basią wylądowałyśmy w Wenecji.
Stałam na moście Rialto z kawą w ręku i patrzyłam na kanał, na gondole, na ludzi ze wszystkich stron świata. Basia robiła zdjęcia. Słońce grzało, woda lśniła, ktoś grał na akordeonie.
I wtedy pomyślałam o Zbyszku. Nie z nienawiścią. Ze smutkiem. Bo on naprawdę wierzył, że mi pomaga. Że ochrona przed rachunkami to forma miłości. Że kobieta, która nie musi się martwić o pieniądze, jest szczęśliwa.
Nie rozumiał, że kobieta, która nie może się martwić o pieniądze – bo nie ma do nich dostępu – jest więźniarką.
CIĄG DALSZY NA NASTĘPNEJ STRONIE