Don Alejandro ani na chwilę nie spuszczał ze mnie wzroku.
„Z której części Oaxaca pan pochodzi?”
„San Bartolomé Yatoni”.
Mężczyzna przełknął ślinę.
To nie był elegancki gest. To nie była wyważona reakcja. To był niezdarny ruch kogoś, kogo drzwi właśnie się otworzyły po tym, jak były zamknięte zbyt długo.
„Jak miała na imię twoja matka?” zapytał.
Mateo nerwowo się zaśmiał.
„Don Alejandro, jeśli pan chce, możemy wrócić do stołu, a potem…”
„Mówiłem panu, żeby był cicho”.
Cała kuchnia zamarła.
Spojrzałam na męża. Nigdy nie widziałam, żeby tak spuścił głowę. Nigdy. I po raz pierwszy nie czułam strachu. Poczułam coś mroczniejszego. Coś czystszego.
Sprawiedliwość.
Odwróciłam się i spojrzałam na mężczyznę przede mną.
„Moja matka miała na imię Teresa Ruiz”.
Don Alejandro zamknął oczy na zaledwie sekundę.
Potem powiedział niemal szeptem:
CIĄG DALSZY NA NASTĘPNEJ STRONIE