Mariana poczuła dreszcz. Znała to nazwisko.
Arturo Robles był jednym z najbardziej wpływowych prawników w kraju. Partnerem sędziów, biznesmenów i polityków. Był też doradcą prawnym Leonarda.
„Nie…” mruknęła.
„Tak” – powiedział Esteban. „Leonardo nie zaplanował tego sam”.
W tym momencie telefon komórkowy Mariany zawibrował na stole.
Nikt nie powinien mieć tego numeru.
Na ekranie wyświetlił się komunikat „nieznany numer”.
Esteban dał znak detektyw pilnującej na zewnątrz. Weszła, włączyła nagrywanie i odebrała przez głośnik.
Najpierw usłyszała ciężki oddech.
Potem głos Ivonne. „Mariana… jeśli żyjesz, nie wracaj”.
Mariana poczuła ucisk w piersi. „Skąd wiesz, że żyję?”
Ivonne szlochała.
„Bo Leonardo świętuje za wcześnie. Bo Arturo powiedział mu, że ciało nie ma znaczenia, dopóki jest raport. Bo usłyszałam coś, czego nie powinnam była usłyszeć”.
„Co usłyszałaś?” „Twoje dziecko nie było jedynym celem”. Esteban spiął się. „Mów wyraźnie” – rozkazał. Ivonne ściszyła głos.
„Leonardo ma skierowanie na oddział intensywnej terapii noworodków dziś wieczorem. Mówi, że jeśli dziecko przeżyje, polisa ubezpieczeniowa będzie zagrożona. Mówi, że Arturo już załatwił zaświadczenie”. Mariana znów poczuła, jak krew w żyłach jej krzepnie. „Nie zbliżaj się do mojego syna”.
„Więc obudź się, Mariano” – wyszeptała Ivonne. „Bo twój mąż jest w drodze do szpitala”. Połączenie zostało przerwane. Przez chwilę nikt się nie ruszył.
Wtedy na korytarzu rozległ się alarm. Wbiegła pielęgniarka.
„Pani Robles, zamknęli dostęp do oddziału noworodków. Ktoś wyłączył kamery”. Mariana z krzykiem bólu zerwała druty z ramienia. „Zabierzcie mnie do mojego syna”. Esteban próbował ją powstrzymać, ale spojrzała na niego z siłą, której nie osłabł nawet upadek. „Zepchnęli mnie z klifu, żeby go zabić razem ze mną” – powiedziała. „Tym razem, jeśli Leonardo chce dotknąć mojego dziecka, będzie musiał spojrzeć mi w oczy, żywy”. Gdy w klinice zapadła ciemność, na oddział neonatologiczny weszła postać w fartuchu medycznym. CZĘŚĆ 1
Ubezpieczenia
„Moja żona i syn zamarzli na śmierć. W końcu ta bezużyteczna kobieta nie była w stanie nawet o siebie zadbać”.
Tak powiedział Leonardo Alcázar przed zamkniętą trumną, bez łez w oczach.
Reklamy
Ludzie zgromadzeni w eleganckim domu pogrzebowym w Lomas de Chapultepec spuścili wzrok, zakłopotani. Niektórzy myśleli, że to smutek. Inni udawali, że nie słyszą. Ale Mariana, ukryta setki kilometrów stąd, z zabandażowanym ciałem i życiem wiszącym na włosku, miała później usłyszeć te słowa na nagraniu… i zrozumieć, że jej mąż nie tylko chciał jej śmierci.
Chciał też wymazać jej godność.
Reklamy
Trzy dni wcześniej Mariana była w dziewiątym miesiącu ciąży.
Jej ogromny brzuch ledwo pozwalał jej chodzić bez pomocy, ale Leonardo nalegał, by zabrać ją na ostatni, cichy wypad do Nevado de Toluca przed porodem. Powiedział, że potrzebują świeżego powietrza, ciszy i pięknego zdjęcia, zanim zostaną rodzicami.
„Po narodzinach dziecka nic nie będzie takie samo” – powiedział jej, głaszcząc ją po włosach z czułością tak wyćwiczoną, że dziś wydawały się trucizną owiniętą w aksamit.
Mariana zgodziła się, bo chciała wierzyć. Od miesięcy kłócili się o pieniądze, o nieobecności, o telefony, które Leonardo odbierał półgłosem. Odkryła wiadomości od kobiety o imieniu Ivonne, jego rzekomej dyrektor ds. PR, ale przysięgał, że to tylko praca.
„Jesteś wrażliwa z powodu ciąży” – powtarzał. „Nie rób z duchów wrogów”.
W tę sobotę wspinali się szlakiem częściowo zasłoniętym lodem. Leonardo mówił, że zna ten teren. Że nic się nie stanie. Że przejdą tylko krótki dystans.
Wiatr smagał ich po twarzach. Śnieg pokrywał skały. Mariana chwyciła się za brzuch, gdy poczuła lekki skurcz.
Reklamy
„Chodźmy, Leo” – błagała. „Bolą mnie plecy. Nie powinniśmy byli tak daleko iść”.
Nie odpowiedział.
Szła dalej, aż dotarła do skalistej krawędzi, gdzie krajobraz pogrążał się w białej otchłani. Poniżej nie było nic widać, tylko mgła, lód i cisza.
„Wiesz, ile warta jest twoja polisa?” – zapytał nagle.
Mariana spojrzała na niego zdezorientowana.
„Co?”
Leonardo ledwo się uśmiechnął.
„Pięćdziesiąt milionów dolarów. Plus dodatkowa klauzula, jeśli dziecko umrze razem z tobą.”
Świat zdawał się ucichnąć.
„Leo… co ty mówisz?”
Próbowała się cofnąć, ale on mocno chwycił ją za ramię.
„Mówię, że mam dość czekania. Twoja rodzina zapisała wszystko na twoje nazwisko. Dom, akcje, fundusze powiernicze. A ty, z tą męczennicą, nigdy niczego nie oddasz.”
Rodzina
Mariana poczuła, jak dziecko porusza się w jej wnętrzu.
„Nasz syn…”
„Nie wykorzystuj go teraz” – warknął. „To dziecko tylko jeszcze bardziej by mnie z tobą związało.”
Wtedy Ivonne pojawiła się wśród sosen, otulona białym płaszczem, a jej markowe buty zapadały się w śnieg.
Mariana zobaczyła ją i wszystko zrozumiała.
„Ty…” – wyszeptała.
Ivonne nawet się nie zawstydziła.
„Zrób to teraz, Leonardo. Zaczyna padać coraz mocniej”.
Mariana próbowała krzyczeć, ale zasłonił jej usta.
„Wybacz mi” – powiedział, choć jego oczy nie prosiły o wybaczenie. „W innym życiu może bym…”
CIĄG DALSZY NA NASTĘPNEJ STRONIE