Dzielili się skąpymi racjami spleśniałego bólu, rozdawanymi raz dziennie. Czy Skomentuj trzymała jedną z ich rąk, gdy ją wyprowadzano, wiedząc, że może już nigdy nie wrócić? Te drobne akty solidarności były wszystkim, co pozostało z ich wspólnego człowieczeństwa, miało ich od niego oderwać. Pamiętała też dźwięki: stukot butów na korytarzach, zgrzyt metalowych drzwi, wykrzykiwane rozkazy po niemiecku, ciszę, która następowała, a czasem, bardzo rzadko, krzyk, który nagle umilkł, a potem nic. Ta cisza była gorsza niż jakikolwiek krzyk, bo oznaczała, że ktoś przestał walczyć, że ktoś porzucił, albo, co gorsza, nie żyje. Sophia pamiętała pewną noc, kiedy kobieta z sąsiedniej celi zaczęła śpiewać. Śpiewała kołysankę miękkim, drżącym głosem. Nie było słów, tylko melodia, prosta i smutna. Stopniowo dołączały do niej inne kobiety. Każda w jej celi śpiewała tę samą melodię. Po kilku minutach korytarze wypełniły się nie krzykami, lecz pieśniami – aktem oporu, zarazem desperackim i stanowczym.
Następnego ranka kobietę, która zaczęła śpiewać, zabrano. Nigdy nie wróciła, ale pieśń pozostała. Ku pamięci ocalałych. Zofia zwierzyła się Morozowowi: „Wciąż pamiętam tę melodię. Czasami śpiewam ją, gdy jestem sama, i za każdym razem płaczę”.
Drugim świadkiem była Margarita Belogo, 75-letnia mieszkanka domu opieki w Petersburgu. Była bardzo słaba, ale mimo to przytomna. Opisała Völkera jako człowieka, który nigdy nie krzyczał. „Nigdy nie krzyczałam. Zawsze krzyczałam”. „A to było gorsze niż jakikolwiek krzyk” – powiedziała.
Pamiętała niemiecką pielęgniarkę, która płakała w milczeniu, trzymając tacę z narzędziami chirurgicznymi. „Była tak samo zawzięta jak my” – powiedziała Margarita – „ale bała się nie posłuchać”.
Margarita opowiedziała również szczegół, który zmroził krew w żyłach Morozowowi. Pamiętała młodą kobietę, być może osiemnastoletnią, przywiezioną do obozu w marcu 1944 roku. Była w piątym miesiącu ciąży. Volker był nią zafascynowany. Chciał zaobserwować wpływ zimna na płód. Poddawał ją wielokrotnym testom hipotermii. Młoda kobieta błagała, płakała i krzyczała, że donosi dziecko, że zrobi wszystko, czego on zechce, ale że musi je zatrzymać. Volker nie odpowiedział. Po prostu robił notatki w swoim notatniku, zimno i metodycznie, jakby zapisywał dane meteorologiczne. Dwa tygodnie później poroniła. Płód został wyjęty i zakonserwowany w słoiku z formaldehydem, a młoda kobieta zmarła z powodu krwotoku trzy dni później. Margarita pamiętała jej twarz, ale nie jej imię. Nikt nie znał jej imienia. Była tylko numerem w notatniku Volkera. Badana 34:
Margarita pamiętała również, jak niemiecka pielęgniarka, ta sama, która płakała w milczeniu, próbowała jej pomóc po poronieniu. Przyniosła szmaty, żeby zatamować krwawienie. Trzymała młodą kobietę za rękę, ale Volker kazał jej przestać.
„Nie wtrącaj się” – powiedział. „Pozwól procesowi toczyć się swoim torem. Potrzebuję czystych danych”.
Pielęgniarka odsunęła się. Powinna była posłuchała, ale Margarita zobaczyła jej twarz, ból w jej oczach, dostrzegła, że coś w niej pękło w tym momencie.
„Myślę, że była równie wielką ofiarą jak my” – oświadczyła Margarita. „Tylko jej uczucia były nieodwzajemnione”.
Trzecie miejsce zajęła 69-letnia Elena Grishina, która po wojnie wyemigrowała do Izraela. Nigdy nie opowiadała o swoich przeżyciach, nawet rodzinie. „Próbowałam zapomnieć” – zwierzyła się Morozowowi – „ale takich doświadczeń się nie zapomina. Pozostają głęboko zakopane, a kiedy się ich dotknie, wypływają na powierzchnię, jakby to było wczoraj”.
Elena jest ofiarą własnych czynów. „Wiedzieliśmy, że tam są ciała. Czuliśmy to, ale nigdy o tym nie rozmawialiśmy, bo rozmowa o tym oznaczałaby przyznanie, że my będziemy następni”.
Przed wojną Jelena była profesorką literatury. Została aresztowana za odmowę usunięcia zakazanych książek z biblioteki uniwersyteckiej. Pamiętała, jak w myślach recytowała wiersze Tiutczewa „Doświadczenia”. To był jej sposób na ucieczkę, na zachowanie człowieczeństwa, na powiedzenie sobie, że poza tym bólem jest jakaś nadzieja. Zwierzyła się Morozowowi, że nawet dziś, prawie pięćdziesiąt lat później, nie mogłaby czytać Tiutczewa bez tego.
„Słowa, które mnie uratowały” – mruknęła. „Każda zwrotka przypomina mi o tym miejscu, o zimnie, o bólu, o kobietach, które umarły obok mnie”.
Elena poruszyła również kwestię poczucia winy ocalałych. „Dlaczego ja? Dlaczego ja przeżyłam, a nie one? Co mnie wyróżniało?”
„Cial? Nic. To była po prostu szansa. Przypadkowa, przypadkowa szansa. I noszę ten ciężar każdego dnia. Każdego dnia widzę ich twarze, słyszę ich głosy i zadaję sobie pytanie: Czy zasługuję na życie, kiedy oni umrą?”.
Dzięki ich zeznaniom Morozow mógł sporządzić obszerny raport. Prowadził kolejne dziesięć lat badań, przeprowadzając wywiady z byłymi niemieckimi żołnierzami i konsultując się z Archiwami Wojskowymi. W końcu, w 2001 roku, opublikował książkę zatytułowaną „Milczące kobiety Smoleńska”. Książka wywołała oburzenie w Rosji i za granicą. Po raz pierwszy historia obozu medycznego Punkt 23 ujrzała światło dzienne, a reakcja była szokująca. Nie dlatego, że nazistowskie zbrodnie były nieznane – to już było powszechnie wiadome – ale dlatego, że ta konkretna historia została całkowicie wymazana. Te kobiety zginęły anonimowo, bez śladu, bez śladu. A bez tych pamiętników, odkrytych przypadkiem, nigdy by nie zostały poznane. Książka została przetłumaczona na kilka języków, studiowana na uniwersytetach, nakręcono filmy dokumentalne i zorganizowano wystawy. Nagle te zapomniane kobiety zaczęły na nowo odkrywać swoją tożsamość. Rodziny skontaktowały się z Morozowem, który dowiedział się, że ich babcia, ciotka i matka zaginęły podczas wojny i nigdy więcej ich nie widziano. W końcu udało im się nadać tym kobietom imiona. Mogły wreszcie opłakiwać bliską osobę, która zaginęła, nie znając jej losu.
Jedno pytanie pozostało jednak bez odpowiedzi. Co stało się z Föckerem? Zniknął po ewakuacji obozu w 1944 roku. Nie odnaleziono żadnych aktów aresztowania, procesu ani zgonu. Niektórzy sądzili, że uciekł do Ameryki Południowej, podobnie jak inni nazistowscy zbrodniarze wojenni. Inni sądzili, że przyjął nową tożsamość i żył spokojnie w Niemczech Zachodnich aż do śmierci ze starości. Prawda jest jednak taka, że nikt tego nie wie, a ta bezkarność może być równie rażąca, jak same zbrodnie. Morozow spędził lata na poszukiwaniu śladów Föckera. Przejrzał listy procesowe z Norymbergii. Przeszukał archiwa Massad, które śledziły nazistowskich zbiegów. Skontaktował się ze śledczymi w Argentynie, Brazylii i Paragwaju. Ale nic nie znalazł. Volker zniknął, jakby nigdy nie istniał. I gdzieś, być może, dożył sędziwego wieku, spokojnie, bez konieczności konfrontacji ze swoimi czynami, bez ponoszenia ceny, bez konieczności ponoszenia odpowiedzialności za swoje czyny. To była kolejna rana, która nigdy się nie zagoi. Ale historia na tym się nie kończy, ponieważ dekady później jedna z ocalałych podjęła decyzję, która zmieniła wszystko: postanowiła wrócić.
Wiosna 2005. Sofia Lebedeva otrzymała 83 odp. Spędziła 62 lata, próbując zapomnieć o tym miejscu. Ale nie mogła. Obrazy prześladowały ją nieustannie, głosy wciąż rozbrzmiewały, gdy była sama. Im więcej czasu mijało, tym bardziej czuła potrzebę powrotu. Nie po zemstę, nie po to, by skonfrontować się ze swoimi duchami, ale by zamknąć cykl, który nigdy się nie zakończył. Przez lata odrzucała ten pomysł. Powtarzała sobie, że to bez sensu, że to niczego nie zmieni, że zmarli nie żyją, a rozdrapywanie przeszłości tylko otworzy stare rany. Ale coś głęboko w niej nie chciało odpuścić. To było jak niezapłacony dług, złamana obietnica. Przeżyła. Tak wielu innych nie. Czuła, że jest im coś winna. Musiała dać świadectwo. Musiała wrócić na miejsce tragedii i powiedzieć: „Pamiętam, przeżyłeś, nie jesteś zapomniany”.
Zaprosiła Morozowa, żeby z nią poszedł. Zgodził się. I tak, w zimny kwietniowy poranek, pojechali na Smoleńszczyznę, na miejsce, gdzie kiedyś stała stara fabryka. Parking, zbudowany w latach 80., wciąż tam stał. Popękany asfalt, kilka pustych miejsc. Żadnych tablic rejestracyjnych, żadnego pomnika, żadnego śladu tragedii. Sofia stała nieruchomo na środku parkingu, z zagubioną głową, próbując rozpoznać jakiś znajomy punkt orientacyjny.
„To było tutaj, Ki” – powiedziała. „Jestem tego pewna. Była tam brama, wejście do piwnicy. Pamiętam każdy kamień”.
Podróż tutaj była dla niej trudna. W pociągu milczała, z głową wywieszoną przez okno, a ramionami ciasno obejmującymi kolana. Morozow nie próbował się odezwać. Wiedział, że Sofia nie potrafi wyrazić siebie słowami. Zbliżając się do najbliższej stacji, zawahała się przed wyjściem.
„Nie wiem, czy dam radę” – mruknęła, ale i tak wsiadła, bo wiedziała, że musi.
Morozow przyniósł zdjęcia starożytnych przedmiotów, mapy i dokumenty. Udało mu się ustalić lokalizację
Betonowa płyta przy wejściu do fabryki. Sophia podeszła powoli, opierając się na lasce. Gdy już tam dotarła, upadła na kolana i zaczęła płakać. To nie był niedawny ból. To był stary ból, nagromadzony, ściśnięty przez dekady. I teraz, wreszcie, mogła go z siebie wyrzucić. Jej dłonie drżały, ciało osuwało się pod ciężarem pieluch. Dotknęła asfaltu, jakby przez warstwy betonu i czasu czuła ziemię, gdzie pochowano tak wiele kobiet. Zamknęła oczy i zobaczyła je: Elżbietę, Małgorzatę, Annę, Klarę, Izabelę, Jeanne. Rozmazane twarze, stłumione głosy, duchy, które nigdy jej nie opuściły.
„Nie zasłużyły na to” – powiedziała między szlochami. „Żadna z nas na to nie zasłużyła, ale one tym bardziej na to zasłużyły, bo ja przeżyłam. Nie przeżyły”. „
Przez prawie godzinę siedziała w milczeniu, ledwo oddychając, jakby się żegnała. Potem zrobiła coś nieoczekiwanego. Wyjęła z torby krótką listę nazwisk. Nazwisk, które pamiętała od lat. Kobiet, które poznała, kobiet, które znała w tym miejscu. Kobiet, których nigdy nie znała. I zaczęła je wymawiać na głos, jedno po drugim: Elizawieta Sokołowa, Margarita Iwanowa, Anna Pietrowna, Klara Smirnowa, Izabella Kuzniecowa, Żanna Wołkowa. Imiona bez nazwisk, czasem bez dat, bez twarzy. Ale pamiętała je i teraz, w końcu, rozbrzmiały głośnym echem, tam, w górze, w miejscu, gdzie zostały zmiażdżone.
Morozow zanotował wszystko. Sfilmował scenę małą kamerą, którą przyniósł. Wiedział, że ta chwila jest historyczna, nie tylko dla Zofii, ale dla wszystkich kobiet, których imiona były wymawiane. To był akt odrodzenia, akt oporu przeciwko zapomnieniu i wiedział, że musi to zachować. To. Po przeczytaniu wszystkich nazwisk, Sophia wyjęła z torebki małą kopertę. W środku znajdował się kosmyk włosów. Jej własny, obcięty w 1943 roku. Trzymała go przez 62 lata. Nie wiedziała dlaczego. Może jako dowód. Może jako łącznik z młodą kobietą, którą była. Może po prostu dlatego, że nie mogła bez niego żyć. Ale teraz wiedziała, co musi zrobić. Wsunęła kosmyk włosów w małą szczelinę w asfalcie.
„Wreszcie jesteś wolna” – wyszeptała. „Ja też”.
Morozow zbierał dokumenty, aby wywrzeć presję na rosyjskie władze, aby wzniosły pomnik. Proces był długi: biurokracja, debaty, debaty publiczne i sprzeciw tych, którzy nie chcieli przywracać bolesnych wspomnień. Ale Morozow się nie poddał. Pisał artykuły, wygłaszał wykłady, przekonywał polityków i mobilizował stowarzyszenia ocalałych. W końcu, w 2010 roku, na pomniku umieszczono małą tablicę. Napisano na niej: „Tutaj, w latach 1943–1944, dziesiątki radzieckich Kobiety były torturowane i mordowane na rozkaz nazistowskich sił okupacyjnych. Niech pamięć o nich, nawet zapomniana, nigdy nie zostanie wymazana.
Inauguracja pomnika była głęboko poruszającym wydarzeniem. Obecne były dziesiątki osób: rodziny weteranów wojennych, historycy, studenci i Zofia. Siedząca w pierwszym rzędzie, wyprostowana pomimo wieku, wpatrywała się w ołtarz. Kiedy burmistrz zdjął zasłonę, zamknęła oczy i wymamrotała coś bezgłośnie. Ale Morozow, siedzący obok niej, zobaczył jej usta. Powiedziała: „Dziękuję”.
Po ceremonii kilka osób podeszło do Zofii. Niektórzy z nich byli weteranami wojennymi, którzy przeżyli wojnę. Inni byli po prostu poruszeni jej historią. Młoda kobieta, prawdopodobnie dwudziestokilkuletnia, uścisnęła jej dłoń i powiedziała: „Moja babcia zaginęła w 1943 roku. Nazywała się Klara Dubova”. „Nie wiem, czy była obecna, ale dziękuję za miłe słowa” – powiedziała Zofia. „Kla?”
„Tak, znałam Klarę. Śpiewała, nawet w ciemnościach, śpiewała”.
Młoda kobieta zaczęła płakać, a Sofia wzięła ją w ramiona. Sofia zmarła w 2013 roku w wieku 91 lat. Przed śmiercią przekazała ostatnią wiadomość: „Nie chcę litości. Chcę, żeby ludzie zrozumieli, co się stało, bo nie byliśmy jedyni. Tak się dzieje, gdy ludzkość jest deptana, gdy zwykli ludzie bezkrytycznie wykonują rozkazy, gdy współudział staje się formą ucisku. I chcę, żebyście wiedzieli, że to może się zdarzyć zawsze i wszędzie, jeśli nie będziemy czujni”. »
Ta historia została wyemitowana w rosyjskiej telewizji. Poruszyła tysiące ludzi. Szkoły zaczęły uczyć historyków o historii obozu medycznego Point 23, a podręczniki zostały zaktualizowane, aby uwzględnić tę historię. I powoli, bardzo powoli, te zapomniane kobiety zaczęły…
aby ponownie włączyć się do pamięci zbiorowej. Ale historia nie kończy się na Sofii. W 2017 roku zgłosiła się kolejna ocalała. Była to Louise Petrova. W wieku 93 lat mieszkała w małej wiosce na Syberii. Po przeczytaniu książki Morozowa i obejrzeniu filmu o Sofii, postanowiła również zeznawać. Skontaktowała się z Morozowem i opowiedziała mu swoją historię. Spędziła sześć miesięcy w areszcie w punkcie medycznym nr 23 w 1944 roku. Przeżyła, ale nigdy nie przemówiła. Nigdy, nawet swojemu mężowi, który zmarł dwadzieścia lat wcześniej, nawet swoim dzieciom, nawet sobie. Louise pogrzebała swoje wspomnienia tak głęboko, że prawie udało jej się o nich zapomnieć. Prawie. Ale one wciąż powracały, w koszmarach, w chwilach ciszy, w zapachach, które przypominały jej środki dezynfekujące, w dźwiękach, które przywoływały na myśl buty na korytarzach. A teraz, w wieku 93 lat, wiedziała, że nie zostało jej wiele czasu. Gdyby teraz nie przemówiła, nigdy by nie przemówiła, a historie tych kobiet poszłyby w zapomnienie.
Opowiedziała Morozowowi szczegóły, o których nigdy wcześniej nie słyszał. Pamiętała niemiecką pielęgniarkę, która późną nocą potajemnie wsunęła jej do ręki kawałek chleba. Pamiętała kobietę, która zaśpiewała jej kołysankę przed śmiercią. Pamiętała twarz Volkera, zawsze ponurą, zawsze obojętną, jakby obserwował z dystansu. I pamiętała to zdanie, to zdanie: „Austin undhinkniin, rozbierz się i uklęknij”. Usłyszała je ponownie, nawet po latach. „To echo, które nigdy nie słabnie” – powiedziała. „Żyje we mnie i zniknie dopiero wraz z moją śmiercią”.
Morozow zebrał świadectwo Louise i umieścił je w drugim wydaniu swojej książki, opublikowanym w 2018 roku. To wydanie zawierało również listy od rodzin oficerów, odnalezione na nowo fotografie i nowo odkryte dokumenty. W ten sposób książka stała się pełniejsza i wciąż rezonuje z ludźmi na całym świecie. Dziś historia obozu medycznego nr 23 jest nauczana w rosyjskich szkołach w ramach programu „Historia zbrodni wojennych”, ale pozostaje w dużej mierze nieznana, podobnie jak historie wielu innych kobiet, których nazwiska pozostają nieznane. Historycy pracują nad identyfikacją kolejnych kobiet, porównując listy osób zaginionych z odzyskanymi dokumentami. Praca ta jest jednak długa i żmudna, ponieważ w tamtym czasie kobiety te nie były zarejestrowane i łatwo je wymazać z historii. Ich odnalezienie jest praktycznie niemożliwe.
Studenci historii na Uniwersytecie Moskiewskim stworzyli cyfrowy projekt o nazwie „Zapomniane głosy Smoleńska”. Gromadzą dowody, digitalizują dokumenty i tworzą archiwum online. Skontaktowali się z rodzinami w Rosji, na Białorusi i Ukrainie. Znaleźli listy napisane przez kobiety na krótko przed ich aresztowaniem, fotografie, akty ślubu i urodzenia. Małe fragmenty życia przed horrorem. Jeden ze studentów, Aleksiej Kuzniecow, poświęcił swoją pracę doktorską Obozowi Medycznemu nr 23. Poświęcił pięć lat na badania w archiwach wojskowych Niemiec, Francji i Polski. Szukał śladów Niemców. Nigdy ich nie znalazł. Odkrył jednak dowody na to, że Obóz Medyczny nr 23 nie był odosobnionym przypadkiem, że istniały inne podobne miejsca, inne tajne laboratoria, inne zaginione kobiety. A skala tych zbrodni była o wiele większa, niż ktokolwiek mógł sobie wyobrazić.
W swojej rozprawie Kuzniecow pisze: „To, co wydarzyło się w Obozie Medycznym nr 23, nie było anomalią. To był system. System, który zamieniał ludzi w króliki doświadczalne. System, który działał z biokratyczną wydajnością. A najbardziej zdumiewające jest to, że nie było to dzieło potworów. Było to dzieło zwykłych ludzi, którzy zaakceptowali to, co nienormalne, jako normę”.
Kuzniecow również zdumiewający odkrycia. W 2019 roku, pracując w niemieckim archiwum archiwalnym w Berlinie, odnalazł akta osobowe Grety Hoffmann, niemiecka pielęgniarka, która jest udostępniana przez sekretny pamiętnik. Po walce do Hamburga. Nigdy nie doszło do męża i nie miała dzieci. Pracowała jako pielęgniarka w szpitalu medycznym aż do przejścia na leczenie w 1978 roku. W 1985 roku doszło do samobójstwa. lista: „Nie mogę już dłużej dźwigać tego ciężaru. Widziałem to, czego nikt nie powinien widzieć. Zrobiłem to, czego nikt nie powinien był zrobić., że czas leczenia mojego rany, ale są zbyt usunięte. Wybacz mi”.
Dziennik Grety został znaleziony po jej śmierci przez jej siostrzenicę, która została zastosowana do centrum architektury.
CIĄG DALSZY NA NASTĘPNEJ STRONIE