Na ekranie obserwowaliśmy, jak wstaje i podchodzi do okna. Pani Higgins sięgnęła za zasłonę i wyciągnęła dużą, ukrytą torbę z płótna. Rozpięła zamek i podeszła z nią do łóżeczka. Czułam się tak, jakbym obserwowała koszmar rozgrywający się w zwolnionym tempie.
– Wyjeżdżamy – powiedziałam, już wstając. – Moim dzieciom grozi niebezpieczeństwo.
Mark nie protestował, gdy zbierałam nasze rzeczy i biegłam do samochodu. Szedł za mną, milczący i blady.
W drodze do domu w mojej głowie kłębiły się najgorsze scenariusze: porwanie, żądanie okupu albo zemsta.
„Moim dzieciom grozi niebezpieczeństwo”.
Ręce mi drżały, gdy raz po raz odświeżałam nagranie.
Kiedy pani Higgins sięgnęła do torby, nie wyjęła z niej niczego niebezpiecznego.
Wyciągnęła niewielkie, starannie zapakowane pakunki. Dwa ręcznie robione na drutach niebieskie sweterki z wyhaftowanymi z przodu imionami chłopców oraz dwa pluszowe słonie.
Potem wyjęła aparat.
Ostrożnie położyła go obok łóżeczka i szepnęła: „Tylko jedno zdjęcie dla babci”.
Babcia. To słowo zawisło w powietrzu.
CIĄG DALSZY NA NASTĘPNEJ STRONIE