Za dwa pensy spali oparci o linę. Mroczna legenda wiktoriańskiego Londynu
Dwupensowy odpoczynek na linie
W drugim pomieszczeniu było nieco cieplej. Wzdłuż ściany ustawiono kolejną ławę. Przed nią, na wysokości klatki piersiowej siedzących osób, rozciągnięto grubą linę przymocowaną do metalowych uchwytów.
Na ławie siedziało już kilkunastu mężczyzn.
Thomas zajął miejsce w środku. Pochylił się i pozwolił, aby lina przejęła część ciężaru jego ciała.
Poczuł natychmiastową ulgę.
Jego plecy przestały być napięte, ramiona opadły, a ciężka głowa znalazła prowizoryczne podparcie. Pozycja nadal była niewygodna, lecz pozwalała mięśniom choć częściowo odpocząć.
— Nie opieraj się zbyt mocno — powiedział siedzący obok starszy mężczyzna z siwą brodą. — Jeszcze się udusisz.
— I tak lepsze to niż cała noc na ulicy — odpowiedział Thomas.
Starzec pokiwał głową.
Właśnie takiego wyboru dokonywali wszyscy ludzie w pomieszczeniu. Nie wybierali pomiędzy wygodnym a niewygodnym łóżkiem. Wybierali pomiędzy kilkoma godzinami prowizorycznego odpoczynku a nocą spędzoną na chodzeniu po zimnych ulicach.
Sen jako ostatnia forma ucieczki
Pomieszczenie stopniowo cichło. Słychać było kaszel, nierówny oddech i cicho odmawianą modlitwę.
Lina skrzypiała pod wspólnym ciężarem pochylonych ciał.
Thomas zamknął oczy.
Nie było mu wygodnie. Materiał płaszcza wciskał się w skórę, lina naciskała na mostek, a szyja pozostawała nienaturalnie zgięta.
Mimo to zasnął.
Dla człowieka pozbawionego domu sen nie był zwykłą częścią doby. Był krótką nieobecnością, podczas której znikały głód, zimno i wspomnienia.
Sen o dawnym domu
Śniła mu się Mary.
Stała w ich dawnej kuchni przy Cable Street. Jej rude włosy były związane z tyłu, a w garnku gotowała się kolacja.
— Spóźniłeś się — powiedziała.
Nie brzmiała na rozgniewaną. Była jedynie zmęczona.
— Wiem — odpowiedział.
— Jedzenie wystygło.
— Wiem.
Mary spojrzała na jego uszkodzoną dłoń. W jej twarzy mieszały się miłość, współczucie i żal.
— Thomas, kiedy staliśmy się takimi ludźmi?
Nie zdążył odpowiedzieć.
Pobudka o piątej rano
Obudził go gwałtowny ruch liny.
Podparcie zniknęło, a jego ciało poleciało do przodu. Kolana uderzyły o podłogę. Wokół niego inni mężczyźni również tracili równowagę, krzycząc i próbując osłonić twarze.
Według najpopularniejszej wersji opowieści o dwupensowym noclegu pracownik przecinał albo zwalniał linę punktualnie o piątej rano. W ten sposób budził wszystkich naraz i przypominał, że opłacony czas dobiegł końca.
— Wstawać. Pora wychodzić — oznajmił znudzony głos.
Thomas podniósł się powoli. Na jego klatce piersiowej pozostała czerwona, bolesna linia. Kark był sztywny, a za oczami pulsował tępy ból.
Być może właśnie z takim stanem wiązano nazwę „dwupensowy kac”. Nie był skutkiem alkoholu, lecz nocy spędzonej w nienaturalnej pozycji.
Londyn zaczynał kolejny dzień
Na zewnątrz miasto już się budziło.
Wozy z mlekiem turkotały po bruku. Służące otwierały okiennice. Chłopiec z piekarni przebiegł ulicą z koszem świeżego chleba.
Thomas i pozostali mężczyźni wyszli ze schroniska. W świetle poranka przypominali duchy próbujące ponownie dołączyć do świata żywych.
Starzec z siwą brodą szedł przez chwilę obok Thomasa.
— Dokąd teraz pójdziesz? — zapytał Thomas.
— Będę chodził. Może znajdę pracę. Jeśli wieczorem zdobędę pieniądze, wrócę.
— A jeżeli nie zdobędziesz dwóch pensów?
— Wtedy może uzbieram jednego. Usiądę z pozostałymi. Następnej nocy może znów wystarczy na linę.
Starzec poprawił zniszczony płaszcz.
— My nie żyjemy, przyjacielu. My tylko próbujemy się trzymać.
Odwrócił się, wszedł w poranną mgłę i po chwili zniknął.
Każdy bezdomny miał własne imię
Thomas pozostał sam przy Whitechapel Road. Czerwona linia na jego piersi powoli zmieniała się w siniec.
Myślał o pytaniu Mary:
— Kiedy staliśmy się takimi ludźmi?
Nie znał odpowiedzi.
Być może wszystko zaczęło się w chwili, gdy maszyna odebrała mu palce. Może wtedy, gdy pracodawca uznał go za bezużytecznego. Albo kiedy pierwszy raz sięgnął po alkohol, aby zasnąć bez myślenia o przyszłości.
W podobny sposób za każdą osobą pozbawioną domu kryła się historia. Wypadek, choroba, śmierć dziecka, rozpad małżeństwa, utrata pracy albo brak rodziny gotowej pomóc.
Bieda zamieniała ich jednak w anonimowy tłum.
Dla przechodniów byli włóczęgami. Dla policji problemem porządkowym. Dla właścicieli noclegowni klientami, którzy musieli płacić z góry.
Rzadko ktokolwiek pytał o imiona.
CIĄG DALSZY NA NASTĘPNEJ STRONIE