Szuflada w przedpokoju: dokumenty, polisy, stare dowody rejestracyjne samochodu, którego nie mieliśmy od ośmiu lat. Piwnica: kartony z narzędziami, stare narty, pudło ze zdjęciami z wakacji nad Bałtykiem. Nic o Łowiczu. Żadnego listu, żadnej notatki, żadnego śladu.
Dopiero w piwnicy, na samym dnie kartonowego pudła z napisem “Różne”, między starymi kalendarzami i instrukcją obsługi pralki, znalazłam małą kopertę bez adresu. W środku jedno zdjęcie i kawałek kartki.
Na zdjęciu stał Stanisław. Młody, może dwudziestoletni, w kurtce, którą nigdy u niego nie widziałam. Obok niego kobieta – ciemnowłosa, drobna, uśmiechnięta. Na rękach trzymała dziecko. Niemowlę, kilka miesięcy, owinięte w jasny kocyk. Na odwrocie dwa słowa napisane nie ręką Stanisława: “Staś i Kuba”.
Kartka obok zdjęcia. Kilka linijek, ołówkiem, pismem Stanisława: “Kuba Wierzbicki. Ur. 11.05.1984. Zm. 23.08.1987. Cmentarz w Łowiczu.”
Usiadłam na zimnej posadzce piwnicy i patrzyłam na to zdjęcie tak długo, aż zaczęły mnie boleć kolana. Stanisław miał syna. Przed naszym ślubem, przed mną – miał dziecko. Chłopca imieniem Kuba, który żył trzy lata i trzy miesiące.
Przez trzydzieści pięć lat nie powiedział mi ani słowa.
Nie płakałam. Powinnam pewnie, ale nie umiałam. Czułam coś gorszego niż smutek – czułam, że nie znałam własnego męża. Że ta codzienność, która wydawała mi się pełna i przejrzysta – wspólne poranki, obiady, kłótnie o remont łazienki, wakacje w Kołobrzegu – miała drugie dno, o którym nie miałam pojęcia.
Kuba. Mały chłopiec na zdjęciu, którego nigdy nie spotkałam. Stanisław trzymał go na ramieniu z miną, jakiej u niego nie znałam – taką otwartą, bezradną, jakby nie wiedział, co robić z tą miłością.
Magda odebrała telefon po trzecim sygnale.
– Mamo, co jest?
– Tata miał syna – powiedziałam. – Przed nami. Chłopiec umarł, miał trzy lata.
CIĄG DALSZY NA NASTĘPNEJ STRONIE