A ja każdej nocy siedziałam przy łóżku Zosi i patrzyłam, jak śpi. I myślałam tylko o jednym: jeśli teraz odpuszczę, już nigdy nic mojego nie będzie naprawdę moje.
Pewnego wieczoru Marek wrócił późno. Pachniał papierosami swojej matki. Stanął w drzwiach i powiedział:
— Podjąłem decyzję. Zamieniamy mieszkania.
Serce mi stanęło.
— My?
— Nie rób scen.
— To nie jest twoja decyzja.
— Moja matka nie będzie cierpieć przez twój upór.
— A moja córka ma cierpieć przez waszą zachłanność?
Uderzył dłonią w stół tak mocno, że Zosia rozpłakała się w pokoju obok.
— Nie waż się tak mówić o mojej matce!
Pobiegłam do córki. Trzęsła się cała. Przytuliła mnie i wyszeptała:
— Mamo, czemu tata tak krzyczy?
I wtedy coś we mnie pękło. Nie z gniewu. Z jasności.
Następnego dnia poszłam do prawnika. Sprawdziłam wszystko. Miałam rację. Długi. Niejasne zapisy. Ryzyko, że po zamianie zostaniemy z problemem, którego nie udźwigniemy latami. Gdy wróciłam, położyłam dokumenty przed Markiem.
— Nie podpiszę niczego.
Nawet na nie nie spojrzał.
— Czyli wybierasz wojnę.
— Nie. Wybieram bezpieczeństwo Zosi.
— Nie, Anka. Wybierasz siebie.
CIĄG DALSZY NA NASTĘPNEJ STRONIE