Miesiące przed ślubem składałam pranie na kanapie, a mój narzeczony siedział obok mnie i przeglądał filmy. Co kilka sekund parskał śmiechem, takim, że aż ramiona drżały. Spojrzałam w górę i zobaczyłam na ekranie: pan młody trzyma swoją pannę młodą nad krawędzią basenu, goście wiwatują, panna młoda krzyczy, a potem… plusk.
Śmiał się, jakby to była najzabawniejsza rzecz na świecie.
Nie śmiałam się.
Wpatrywałam się w niego, aż w końcu to zauważył i opuścił telefon. „Co?” zapytał, wciąż się uśmiechając.
„Oby to nigdy nie było to”, powiedziałam. „Jeśli mi to kiedykolwiek zrobisz, odejdę”.
Przewrócił oczami, jakbym dramatyzowała. Potem sięgnął po moją dłoń i ścisnął ją z tą wyćwiczoną miękkością, której używał, gdy chciał załagodzić sytuację.
„Przysięgam”, powiedział. „Nigdy bym ci tego nie zrobił”.
Uwierzyłam mu.
Bo chciałam.
Bo miłość sprawia, że jesteś hojny w zaufaniu, nawet gdy nie powinieneś.
Miesiące mijały w mgnieniu oka, wypełnione planowaniem ślubu. Plany usadzenia gości, próbki kwiatów, przymiarki sukien, nocne rozmowy o naszej przyszłości. Całował mnie w czoło, gdy byłam zestresowana. Mówił mi, że jestem piękna, gdy czułam się wyczerpana. Obiecywał mi bez końca, że nasz ślub będzie idealny.
CIĄG DALSZY NA NASTĘPNEJ STRONIE