Mąż umarł w sierpniu. Przed świętami przyszła kartka z pensjonatu w Zakopanem – podziękowanie dla państwa za coroczny luty i “pozdrowienia dla małżonki”. Ja w Zakopanem nie byłam ani razu. Mąż jeździł tam co roku “do sanatorium”

 

Nie szukałam Urszuli. Nie chciałam jej zobaczyć, nie chciałam jej imienia wiązać z twarzą. Wystarczył mi ten rozmyty kontur – drobna, jasne włosy, uprzejma. Ktoś, kto pomagał sprzątać ze stołu po śniadaniu.

Schowałam zdjęcie z powrotem do teczki. Teczkę wsunęłam za książki. Kubek z napisem “Najlepszy tata na świecie” umyłam i odstawiłam na swoje miejsce.

Czasem myślę, że powinnam być wściekła. Że powinnam zadzwonić do Tomka i Agnieszki, powiedzieć im prawdę, może nawet spalić te flanelowe koszule, które wciąż wiszą w szafie. Ale nie jestem wściekła. Jestem zmęczona. I jakoś dziwnie spokojna – tym rodzajem spokoju, który przychodzi, gdy człowiek wreszcie przestaje się łudzić, że wszystko rozumie.

Luty się zbliża. Pierwszy luty bez Zdzisława. Pierwszy, w którym nikt nie wyjedzie do żadnego sanatorium.

Kubek stoi na swoim miejscu. Ja na swoim. Tylko wszystko inne się przesunęło.

CIĄG DALSZY NA NASTĘPNEJ STRONIE

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *