Pani Halina zrobiła wielkie oczy i zaprosiła mnie do kuchni. Postawiła herbatę, góralską, mocną, w szklance z metalowym koszyczkiem. I opowiedziała mi wszystko.
Kobieta miała na imię Urszula. Była z Krakowa. Też emerytka. Zdzisław poznał ją dziewięć lat temu na prawdziwym turnusie sanatoryjnym – pierwszym i jedynym. Potem wracali razem do Zakopanego co roku.
Pani Halina mówiła, że wyglądali na szczęśliwych. Że siedzieli wieczorami na balkonie i rozmawiali godzinami. Że Zdzisław mówił o mnie z szacunkiem – ale o Urszuli mówił inaczej. Jak mówią ludzie, którzy się po prostu cieszą, że ktoś jest obok.
Wróciłam do Lublina późnym wieczorem. Na stole leżała kartka od Agnieszki – “Mamo, wpadliśmy, ale cię nie było, ciasto zostawiłam w lodówce, kocham cię”. Zjadłam kawałek jej sernika, wypiłam herbatę z kubka Zdzisława i po raz pierwszy od czterech miesięcy nie zapłakałam.
Nie dlatego, że mnie nie bolało. Bolało. Ale to był inny ból niż po pogrzebie. Wtedy żałowałam człowieka, którego – jak mi się wydawało – znałam na wylot. Teraz żałowałam czegoś innego. Tych trzydziestu sześciu lat, w których byliśmy obok siebie, ale nigdy tak naprawdę razem.
Tych wieczorów, kiedy on czytał gazetę, a ja oglądałam serial, i żadne z nas nie czuło potrzeby, żeby powiedzieć coś więcej niż “wyłącz światło, bo idę spać”. Nie mieliśmy źle. Po prostu nie mieliśmy tego, co on najwyraźniej znalazł sobie w pokoju numer siedem.
CIĄG DALSZY NA NASTĘPNEJ STRONIE