„Byłem kucharzem w CJNG: wysłałem 14 zabójców, którzy zabili mojego syna”.

Śmierć mojego syna, jego ciało leżące na moim progu. Ciotka słuchała w milczeniu, z oczami pełnymi łez, a kiedy skończyłam, wzięła mnie za ręce i spojrzała na mnie uważnie. „Przyszłaś szukać czarnej rośliny, prawda?” Nie zdziwiło mnie, że wiedziała. Moja ciotka również była uzdrowicielką. Odziedziczyła wiedzę po mojej babci. Znała rośliny i ich zastosowania, dobre i złe.

Powiedziałam, że tak, że przyszłam jej szukać, że muszę wywalczyć sprawiedliwość dla mojego syna. Ciotka na chwilę zamknęła oczy, jakby konsultowała się z duchami. Potem otworzyła je i powoli skinęła głową. „Zabiorę cię do miejsca, gdzie rośnie, ale najpierw musisz wiedzieć jedno, Consuelo. Kiedy używasz czarnej rośliny, by zabić, część twojej duszy też umiera. Nigdy już nie będziesz taka sama”.

„Czy jesteś gotowa zapłacić tę cenę?” Powiedziałam, że tak, że od śmierci Daniela jestem już wewnętrznie martwa, że ​​nie obchodzi mnie utrata tego, co pozostało z mojej duszy, nawet jeśli oznaczałoby to pomszczenie syna. Ciotka ponownie skinęła głową, z trudem wstała z krzesła i gestem wskazała mi, żebym poszła za nią. Szłyśmy przez góry przez dwie godziny, wspinając się po znanych tylko jej szlakach, przeprawiając się przez strumienie i wspinając się na skały.

Pomimo wieku, ciotka szła pewnym krokiem, jakby same góry dodawały jej siły. Szłam za nią w milczeniu, zdyszana od wysiłku, czując, jak zimne górskie powietrze wypełnia moje płuca. W końcu dotarłyśmy na małą polanę nad krystalicznie czystym strumieniem, a tam, w cieniu wiekowych dębów, rosła belladonna.

Rozpoznałam ciemne liście i fioletowe, prawie czarne kwiaty, które mama pokazała mi tyle lat temu. Ciotka pokazała mi, jak prawidłowo ją ścinać, jak wybierać najdojrzalsze liście i jak wyrywać korzenie, nie uszkadzając rośliny, aby mogła dalej rosnąć. Ponownie wyjaśniła, jak przygotować truciznę, jak obliczyć dawki i jak ją przechowywać, aby nie straciła swojej mocy.

Przypomniała mi, że łyżeczka w jedzeniu zabija 80-kilogramowego mężczyznę w ciągu 8 do 12 godzin. Objawy przypominają zawał serca: ból w klatce piersiowej, duszności, pocenie się. Kiedy pacjent trafia do szpitala, jest już martwy i żaden lekarz nie znajdzie niczego nietypowego podczas sekcji zwłok, ponieważ nikt nie wie, jak szukać tej rośliny. Podziękowałem jej długim, mocnym uściskiem.

Ciocia pocałowała mnie w czoło i powiedziała, że ​​będzie się za mnie modlić, żebym prosił Matkę Bożą o przebaczenie za to, co zamierzam zrobić, żebym nie zapomniał, że nawet jeśli ludzie zasługują na śmierć, akt zabójstwa zawsze pozostawia blizny na duszy. Wróciłem do Guadalajary z torbą pełną czarnej pokrzywy ukrytej wśród moich rzeczy. Kolejne dni spędziłem na przetwarzaniu roślin zgodnie z instrukcjami mojej matki i ciotki.

Suszyłam liście na słońcu i mieliłam je w moździerzu na drobny proszek. Przygotowałam skoncentrowany ekstrakt, gotując je w wodzie i odparowując płyn, aż pozostała ciemna pasta. Truciznę przechowywałam w małych szklanych słoikach, które chowałam z tyłu szafki, za słoikami z przyprawami, których używałam do gotowania.

Nikt nie podejrzewałby kilku dodatkowych słoików w kuchni kucharza. Przygotowałam również truciznę z pomarańczy białej i agrestu indyjskiego, na wypadek gdybym musiała zmienić metodę. Każda trucizna miała swoje zalety i wady. Pomarańczę białą łatwiej było zdobyć, ale miała lekko gorzkawy smak. Agrest indyjski był silniejszy, ale jego działanie trwało dłużej.

Lelek czarny był idealny, ale trudno go było uzupełnić, gdy się skończył. Pod koniec maja, miesiąc po śmierci Daniela, byłam gotowa do działania. Moim pierwszym celem był lis, jastrząb, który doniósł o obecności mojego syna tamtej feralnej nocy. Był szczupłym, nerwowym mężczyzną po trzydziestce, z małymi oczami i spiczastym nosem, który dał mu przydomek.

Przychodził do mnie na obiad w Tlajomulco trzy lub cztery razy w tygodniu. Zawsze zamawiał to samo: miskę czerwonego pozole z dużą ilością oregano i papryczki chili. Obserwowałem jego zwyczaj przez dwa tygodnie. Zawsze przychodził sam, zawsze siadał w tym samym kącie jadalni, zawsze jadł szybko, jakby spieszył się do wyjścia.

Było idealnie jak na moją pierwszą próbę. Pewnej czerwcowej środy, kiedy lis przyszedł poprosić o pozole, przygotowałem dla niego specjalną miskę. Użyłem czarnej trucizny, pół łyżeczki wymieszanej z gorącym bulionem. Trucizna rozpuściła się całkowicie, nie zmieniając koloru ani smaku. Dodałem zwykłe oregano i papryczkę chili i podałem z uśmiechem.

„Proszę, chłopcze, z dużą ilością papryczki chili, dokładnie tak, jak lubisz”. Lis zjadł wszystko w 10 minut. Zanurzył nawet tortillę w bulionie, żeby nie zostało ani okruszka. Kiedy skończył, jak zwykle pochwalił mnie za pozole, zostawił 50 peso napiwku i wyszedł. Nie mogłem spać tej nocy. Nie spałem, licząc godziny i wyobrażając sobie, co się dzieje w środku.

CIĄG DALSZY NA NASTĘPNEJ STRONIE

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *