Zapadła cisza.
Wtedy jego głos się załamał. „Co?”
„Moja córka urodziła się dziś rano.”
„Twoja… córka?” Jego oddech przyspieszył. „Emily, czyje to dziecko?”
Spojrzałem na deszcz. „Mój”.
„Nie baw się w gierki.”
„Nauczyłeś mnie gier, Danielu. Właśnie stałem się lepszy.”
Pół godziny później drzwi mojego szpitala otworzyły się z hukiem.
Daniel stał tam w smokingu, z włosami przemoczonymi po burzy, z twarzą bladą jak kreda. Vanessa stała za nim, z diamentami na szyi i gniewem w oczach.
Daniel wskazał na dziecko. „Powiedz mi prawdę”.
Pielęgniarka zrobiła krok naprzód. „Proszę pana, nie może pan po prostu tu wtargnąć…”
„Wszystko w porządku” – powiedziałem cicho.
Wzrok Daniela utkwiony był w metce gondoli.
Dziewczynka Carter. Matka: Emily Carter.
Przełknął ślinę. „Carter?”
„Tak” – powiedziałem. „To moje imię. Nie twoje”.
Vanessa parsknęła zimnym śmiechem. „To niedorzeczne. Urodziłaś dziecko tylko po to, żeby sabotować nasz ślub?”
Po raz pierwszy się uśmiechnąłem.