„Dzień dobry” – przywitał się, wyraźnie zdenerwowany. „Prawie nie spałam” – wyznała Sofía. „Wczoraj wieczorem dzwonili z laboratorium”. Fernando zmarszczył brwi. „Co chcieli mi przekazać?”. Sofía ściszyła głos. „Wczoraj była tu Verónica. Chciała wcześniej poznać wyniki. I je dostała”. „Naprawdę?”. „Nie, ale pewnie wkrótce spróbuje czegoś innego”. Sofía zrobiła pauzę. „Fernando, znam wynik”. Spojrzał na nią wyczekująco, wstrzymując oddech. „Jest pozytywny. 99,9% zgodności”. Pod wpływem tych słów wyraz twarzy Fernanda się zmienił. W oczach stanęły mu łzy i przez chwilę wydawało się, że zaraz ją obejmie, ale powstrzymał się, szanując granice, które ona wciąż wyznaczała.
„Moja córka” – szepnął, a jego głos drżał od emocji. „Moja córka!”. Weszli razem do laboratorium. Dr Ramírez przywitał ich osobiście, wręczając zapieczętowaną kopertę. „Oficjalne wyniki” – ogłosił uroczyście – „choć domyślam się, że już je znacie”. Fernando otworzył kopertę drżącymi dłońmi. Przebiegł wzrokiem po dokumencie, zatrzymując się na ostatnim wierszu: Prawdopodobieństwo ojcostwa – 99,9%. „To prawda” – szepnął, jakby jakaś cząstka niego wątpiła w to do tej pory. „Naprawdę jesteś moją córką”. Po raz pierwszy, odkąd się poznali…
Sofía zobaczyła Fernanda Arteagę – legendarnego prawnika – w chwili całkowitej bezbronności; człowieka mierzącego się z ogromem tego, co stracił, i być może z perspektywą tego, co mógłby odzyskać. „Co teraz zrobimy?” – zapytała Sofía, czując dziwną potrzebę otoczenia go opieką. Fernando stopniowo odzyskał panowanie nad sobą. „Teraz skonfrontujemy Verónicę z prawdą”. Wyszli z laboratorium z nową determinacją. Więź między nimi – krucha i świeża – zdawała się umacniać z każdą minutą spędzoną razem. „Musisz coś wiedzieć” – powiedział Fernando, jadąc w stronę biura. „Wczoraj wieczorem, po wizycie u twojej matki, zmieniłem testament”. Sofía spojrzała na niego ze zdziwieniem. „Dlaczego?”. „Bo jesteś moją córką” – odparł po prostu. „Moja jedyna córka zasługiwała na to, by zostać prawnie uznaną, niezależnie od wyników testu”. „Nie chcę twoich pieniędzy” – zaprotestowała Sofía. – Nigdy nie o to chodziło. – Wiem. – Fernando uśmiechnął się smutno. – Pod tym względem jesteś zupełnie jak Isabel. Ale tu nie chodzi tylko o pieniądze, Sofíi. Chodzi o uznanie, sprawiedliwość i naprawienie – na tyle, na ile to możliwe – szkód wyrządzonych przez dwadzieścia sześć lat mojej nieobecności.
Gdy dotarli do kancelarii, od razu wyczuli, że coś jest nie tak. Kilku pracowników zebrało się w małe grupki, rozmawiając ściszonymi głosami. Rozmowy urwały się nagle, gdy zobaczyli wchodzących Fernanda i Sofíę. Carmen podeszła do nich pospiesznie. – Dzięki Bogu, że jesteście – szepnęła. – Doña Verónica jest tu od wczesnego rana. Zwołała nadzwyczajne zebranie wszystkich wspólników. – O czym ona mówi? – zapytał Fernando, wyraźnie się napinając. – Twierdzi, że ma dowody na spisek przeciwko panu. – Carmen spojrzała z troską na Sofíę.
– Mówi okropne rzeczy, proszę pana. O Isabel i o Sofíi. – Twarz Fernanda stężała. – Gdzie się spotykają? – W głównej sali konferencyjnej. – Bez słowa Fernando ruszył zdecydowanym krokiem w stronę tego pomieszczenia. Sofía poszła za nim, czując się tak, jakby szła na publiczną egzekucję. Po wejściu do środka zastali Verónicę stojącą przed pięcioma starszymi wspólnikami kancelarii. Był wśród nich Joaquín, który wyglądał na wyraźnie skrępowanego. – Ach, jak dobrze, że jesteście! – wykrzyknęła Verónica z udawaną serdecznością. – Właśnie wyjaśniałam naszym wspólnikom, jak ta młoda kobieta i jej matka spiskowały, by wyłudzić od pana pieniądze.
Fernando podszedł na środek sali. – To kłamstwo i doskonale pani o tym wie. – Verónica uśmiechnęła się chłodno. – Kłamstwo? Mam dokumenty, Fernando. – Wskazała na teczkę leżącą na stole. – Listy, w których Isabel Méndez żąda pieniędzy w zamian za milczenie. Zeznania dotyczące tego, jak groziła zniszczeniem pana kariery, jeśli nie ulegnie pan jej żądaniom. – Sfałszowane dokumenty – wtrąciła Sofía, nie mogąc się powstrzymać. – Takie same jak te, które próbowała podrzucić kilka dni temu. – Verónica spojrzała na nią z pogardą. – Jedyną fałszywą rzeczą tutaj jesteś ty, moja droga.
– Oszustka udająca kogoś, kim nie jest. – Fernando uniósł rękę, uciszając ripostę Sofíi. – Wystarczy, Verónico – powiedział opanowanym głosem. – Przez dwadzieścia sześć lat budowałaś gmach kłamstw. Dziś to się kończy. – Wyjął z kieszeni marynarki kopertę z wynikami badań laboratoryjnych i położył ją na stole. – Wyniki testu DNA. Sofía jest moją córką – moją biologiczną córką. Bez cienia wątpliwości. – Wspólnicy wymienili zaskoczone spojrzenia. Verónica wyraźnie pobladła, ale szybko odzyskała panowanie nad sobą.
– To o niczym nie świadczy, poza tym, że miałeś romans – odparła. – Ta kobieta i jej matka to wciąż tylko oportunistki, które pojawiły się znikąd, by upomnieć się o majątek, który im się nie należy. – Nie przyszłyśmy po pieniądze – oświadczyła Sofía. – Nawet nie wiedziałam, kim jest Fernando, kiedy ubiegałam się o tę pracę. To był zbieg okoliczności. – Kłamczucha – rzuciła ostro Verónica. – Naprawdę oczekujesz, że uwierzę w taką historię? – Wtedy Fernando wyjął z teczki kolejną kopertę. – To dokumenty, które Carmen znalazła w twoich aktach…
CIĄG DALSZY NA NASTĘPNEJ STRONIE