A obok niego Ofelia.
Po raz drugi nic się nie wydarzyło. Znów poczułam stęchły zapach sądu, torbę z pieluchami na ramieniu, jadowite zdanie wdzierające się do mojej duszy. Rodrigo był starszy, twarz miał bardziej opuchniętą, z wyraźnie cofającymi się liniami włosów i drogą koszulą, która nie mogła już ukryć zmęczenia. Ofelia też się zestarzała, choć za jej czasów było to mniej widoczne na jej skórze niż w porażce. Nie miała już tej dumy, którą kiedyś posiadała. Miała coś innego. Potrzebę.
Nie otworzyłam od razu drzwi.
Ximena zobaczyła moją twarz.
„Kto tam?”
Nie chciałam jej okłamywać. Nigdy jej nie okłamał na temat swojego ojca. Po prostu dopasowywałam słowa do jego wieku. Zawsze mówiłam mu najprostszą prawdę: że odszedł, że nie chciał tu być, że nie miało to nic wspólnego z jego odwagą. Kiedy dorósł, zrozumiał resztę.
„To Rodrigo” – powiedziałam.
Nie powiedziałam „twój ojciec”.
Położył ołówek na stole. Nie zbladł, nie załamał się, nie okazywał dziecięcej ciekawości. Spoważniała.
„Czego chcesz?”
„Nie wiem”.
Dzwonek do drzwi zadzwonił ponownie.
Otworzyłam drzwi na tyle, żeby nie wyglądało to na zaproszenie.
Rodrigo odezwał się pierwszy.
„Mariana”.
Wypowiedział moje imię, jakbym miała prawo je poczuć po dziesięciu latach.
„Co ty tu robisz?”
Spojrzałam na Ofelię. Nigdy nie wyobrażałam sobie, że zobaczę ją w takim stanie: bez idealnego makijażu, w tandetnym czarnym szalu, z rękami ściskającymi starą torebkę. Jednak moją pierwszą myślą nie była litość. To był instynkt. Coś jest nie tak.
Rodrigo przełknął ślinę.
„Musimy z tobą porozmawiać”.
„Nie”. Już miałem zamknąć drzwi, ale Ofelia zrobiła krok naprzód. Jej oczy były zaczerwienione. Nie wiem, czy płacze, czy nie śpi. A potem powiedziała coś, co gdyby ktoś powiedział mi tydzień wcześniej, uznałbym za niemożliwe. Opieka nad dzieckiem i higiena.
„Proszę”.
To nie był elegancki występ.
To było załamanie nerwowe.
Zatrzymałem się na chwilę.
Ximena była już za mną, milcząca.
Ofelia zobaczyła ją przez moje ramię, a jej twarz dziwnie się załamała. Jakby patrzyła na ducha, którego sama pomogła zabić, a jednak stała się piękna.
„Jest taka jak ty” – mruknęła.
To zdanie sprawiło, że ścisnęło mnie w żołądku.
„Nie mów ani słowa o mojej córce” – powiedziała. Cielę.
Rodrigo zamknął na chwilę oczy, jakby już przewidział wrogość i był gotowy ją znieść.
„Nie przyszliśmy tu, żeby się kłócić. Po prostu… wyjaśnimy”.
Spojrzałam na Ximenę.
Wytrzymała moje spojrzenie i lekko skinęła głową, jakby chciała powiedzieć: to od ciebie zależy, nic mi nie będzie.
To dodało mi sił.
Uchyliłam drzwi na tyle, na ile było to możliwe.
„Pięć minut”.
Weszli z upokarzającym dyskomfortem, typowym dla tych, którzy weszli w życie, którym kiedyś gardzili, a teraz go potrzebowali. Rodrigo rozejrzał się z trudnym do odczytania wyrazem twarzy. Może zdziwieniem. Może wyrachowaniem. A może jednym i drugim. Nasze mieszkanie nie było luksusowe, ale panował w nim porządek i ciepło. W oknie stały rośliny, zdjęcia Ximeny w różnym wieku, stosy książek, żółta lampa, która sprawiała, że wszystko wydawało się cieplejsze. Widać było, że mieszkają tam ludzie, którzy się kochają.
Gestem wskazałam na sofę.
Nie zaproponowałam im kawy.
Nie zaproponowałam im wody.
Nic.
Usiedli. Ofelia zrobiła to z nerwowym napięciem. Rodrigo stał na skraju krzesła, splecionymi dłońmi, wpatrując się przez chwilę w podłogę, zanim się odezwał.
„Camila umarła”.
To imię uderzyło mnie do późnej nocy.
Camila.
Ta druga kobieta. Ta w ciąży. Jedyna, która powiedziała: „Tak, miałam mu dać dziecko”. Wybrana. Rzekomy spokój Rodriga. Ludzie i społeczeństwo.
Nie czułem żadnej satysfakcji.
Czułem się pusty.
„Kiedy?”
„Trzy miesiące temu” – odpowiedział. „Rak. Bardzo szybko”.
Powoli skinąłem głową.
Nie wiedziałem, czego ode mnie oczekiwano. Kondolencji? Szoku? Uzdrowienia starej rany? Nic takiego nie nastąpiło. Śmierć nie cofa tego, co człowiek zrobił za życia. Ona tylko to zamraża.
„Miałaś syna, prawda?” – zapytałem.
Ophelia drżącą dłonią uniosła usta.
Rodrigo opuścił głowę.
„Tak. Matthew.”
Był jeden.
Dziedzic.
Syn, dla którego mnie porzucili.
Klatka piersiowa dziwnie mi stwardniała. Nie z powodu dziecka. To nie jego wina, że urodził się w tym zepsuciu. Ale symbolika była zbyt brutalna.
„A co to ma wspólnego ze mną?” – zapytałem.
Ophelia wybuchnęła płaczem.
Nie dyskretnie. Nie z kontrolowaną godnością. Z tym okropnym, łamiącym się krzykiem kogoś, kto spóźnia się ze zrozumieniem istoty rzeczy.
„Ma białaczkę” – powiedział.
W pokoju zapadła cisza.
Spojrzałem na Rodriga. Skinął głową zrozpaczony.
„Ostra białaczka szpikowa” – powiedział łamiącym się głosem. „Jest w szpitalu od tygodni. Potrzebuje przeszczepu. Przeszukali już rejestry, dawców, całą rodzinę Camili… nie ma zgodności. Rodzinę.”
Nie zrozumiałem od razu. A raczej mój umysł zrozumiał, zanim moje ciało było gotowe to zaakceptować.
Moje dłonie zamarły.
Zerknąłem na Ximenę, niemal przypadkiem.
Rodrigo mówił dalej, coraz szybciej, jakby słowa paliły go w usta.
—Wystawiali nas wszystkich na próbę. Nie jestem godnym przeciwnikiem. Moja matka też nie. Patrzcie.
CIĄG DALSZY NA NASTĘPNEJ STRONIE