Wciąż pamiętałam, jak kilka miesięcy wcześniej zatrzymał się przed witryną sklepową, wpatrując się w ten markowy krawat. Była to jedna z tych krótkich, przelotnych chwil, jakie zdarzają się mężczyznom, gdy widzą coś, co im się podoba, ale uznają, że tego nie potrzebują.
Ale zauważyłam. I sobie przypomniałam.
W końcu stół był nakryty, świece zamigotały, a ja stałam w swojej najlepszej sukience, czując się całkowicie szczęśliwa.
Nagle zadzwonił mój telefon.
„Hej, kochanie” – głos Thomasa brzmiał swobodnie. „Jestem już w połowie drogi na lotnisko”.
CIĄG DALSZY NA NASTĘPNEJ STRONIE