Sąsiadka z dawnego osiedla zaczepiła mnie w Rossmannie i pogratulowała wnuczki – widuje męża we wtorki, jak odbiera małą z przedszkola przy Polnej, “cały dziadek”. Podziękowałam. Nasze wnuki mieszkają w Gdyni, najmłodszy zdaje w tym roku maturę.
Stałam przy półce z kremami w Rossmannie na Grabiszyńskiej, kiedy ktoś złapał mnie za łokieć.
– Danuta! Ty tutaj? Kopę lat!
Odwróciłam się. Celina Wrońska. Sąsiadka z dawnego osiedla, z bloku naprzeciwko. Nie widziałyśmy się ze cztery lata, od kiedy przeprowadziliśmy się z Wojciechem na drugą stronę Wrocławia. Celina wyglądała dobrze, trochę się zaokrągliła, ale oczy miała te same – ciekawskie, szybkie, rejestrujące wszystko w promieniu trzech przecznic.
– A gratulacje, gratulacje! – powiedziała, ściskając mnie za ramię. – Wnuczeczka śliczna, cały dziadek. Widuję twojego Wojtka we wtorki, jak odbiera małą z przedszkola przy Polnej. Taka grzeczna dziewczynka, za rączkę go trzyma i gada bez przerwy.
Uśmiechnęłam się. Podziękowałam. Celina jeszcze coś mówiła o tym, że jej córka spodziewa się trzeciego i że pampersy znowu podrożały, ale ja słyszałam to jak przez grubą szybę. Zapłaciłam za krem, którego nie potrzebowałam, i wyszłam na parking.
CIĄG DALSZY NA NASTĘPNEJ STRONIE