Syn namówił mnie, żebym dopisała go do aktu własności mieszkania. Na wszelki wypadek, gdyby coś mi się stało.
Ludzie mówili, że mam szczęście. Że syn taki opiekuńczy, taki blisko. Że co tydzień przyjeżdża, zakupy przywiezie, kran naprawi, do lekarza zawiezie.
Sąsiadka z parteru, pani Henia, powtarzała przy każdym spotkaniu na klatce: “Jadwiga, ty to masz syna na złoto.” I ja też tak myślałam. Aż do tego wtorku, kiedy listonosz przyniósł pismo z banku, w którym nigdy nie miałam konta.
Koperta była biała, z logo, którego nie znałam. Otworzyłam ją przy kuchennym stole, między kubkiem herbaty a gazetą z programem telewizyjnym. Przeczytałam raz, drugi, trzeci. Słowa się składały w zdania, ale sens nie chciał do mnie trafić.
“Informujemy, że w związku z udzielonym kredytem hipotecznym zabezpieczonym na nieruchomości…” I adres. Mój adres. Mieszkanie na trzecim piętrze przy Kościuszki, w którym żyłam od trzydziestu ośmiu lat.
Mam sześćdziesiąt cztery lata i od dwunastu jestem wdową. Kiedy Tadek umarł, zostałam z tym mieszkaniem, sklepem z pasmanteriami na Wildzie i synem Michałem, który miał wtedy dwadzieścia cztery lata i właśnie skończył studia. S
klep odziedziczyłam po swojej matce, prowadziłam go od lat. Guziki, nici, koronki, zamki błyskawiczne – to były moje dni, moje godziny, mój cały świat oprócz Michała.
Po śmierci Tadka Michał się zmienił. Albo może nie zmienił – może po prostu wszedł w rolę, której nikt od niego nie wymagał. Zaczął dzwonić codziennie. Przyjeżdżał z drugiego końca Poznania co weekend, choć miał własne życie, swoją Kasię, potem małą Zosię. Naprawiał, malował, wieszał. Kiedy dwa lata temu miałam zapalenie płuc i leżałam trzy tygodnie, to on przywoził rosół w słoikach i pilnował, żebym brała antybiotyki.
Dlatego kiedy powiedział o tym akcie własności, nawet się nie zastanawiałam.
Było to w marcu. Siedzieliśmy w kuchni, Michał jadł moje placki ziemniaczane, a Zosia bawiła się klockami w pokoju. Kasia została w domu, bo miała migrenę. Michał skończył jeść, odsunął talerz i powiedział spokojnym głosem, tym swoim rzeczowym, którego używał, kiedy mówił o ważnych sprawach.
“Mamo, pomyślałem o czymś. Wiesz, ja nie chcę cię straszyć, ale gdyby coś ci się przydarzyło – pukam w niemalowane – to z tym mieszkaniem mogą być problemy. Postępowanie spadkowe, papiery, czekanie. Jakbym był współwłaścicielem, to wszystko poszłoby gładko.”
Poczułam ukłucie gdzieś w środku, takie krótkie, jak igłą. Ale zaraz je zagłuszyłam. Bo przecież to logiczne, prawda? Syn się martwi. Syn myśli przyszłościowo. Tadek by pewnie to samo powiedział.
“A co trzeba zrobić?” – zapytałam.
“Pójdziemy do notariusza, podpiszesz darowiznę udziału. Połowa na ciebie, połowa na mnie. Proste.”
I poszliśmy. Notariusz na Garbary, pani w okularach, wszystko wytłumaczyła, ja podpisałam. Michał trzymał mnie pod rękę, kiedy wychodziliśmy. Kupił mi lody po drodze, orzechowe, bo wiedział, że takie lubię.
CIĄG DALSZY NA NASTĘPNEJ STRONIE