– Celinko, stoję pod domem mamy i taty – powiedziałam spokojnie.
Długa cisza. Potem:
– Co ty tam robisz?
– Patrzę na ten dom, który się ponoć sypie. Na nowe rynny, na wymalowane ściany, na bratki na parapecie. I na tę tabliczkę pośrednika przy furtce.
Celina milczała. Słyszałam jej oddech.
– Lucyna, to nie tak…
– A jak? – nie podniosłam głosu. Nie miałam siły krzyczeć. – Wyremontowałaś nasz wspólny dom za nie wiem czyje pieniądze i próbujesz go sprzedać beze mnie. Od pół roku. Jak to jest, Celina?
Wtedy usłyszałam coś, czego się nie spodziewałam. Celina się rozpłakała. Nie histerycznie, nie teatralnie – cicho, jakby się dusiła. I zaczęła mówić. Że Krzysiek, jej mąż, stracił pracę dwa lata temu.
Że zadłużyli się na remont własnego domu. Że pieniądze z emerytury nie wystarczają. Że remont rodzicielskiego domu wzięła na siebie, bo liczyła, że sprzeda i spłaci długi, zanim ktokolwiek się zorientuje. Że chciała potem powiedzieć mi o mojej połowie. Że nie wiedziała, jak zacząć.
– Chciałam ci dać te pieniądze – powtarzała. – Przysięgam, Lucyna, chciałam ci dać twoją część.
Stałam pod jabłonką ojca i słuchałam. Część mnie jej wierzyła. Celina nie była złym człowiekiem. Była przestraszonym człowiekiem, który zrobił głupią, nieczystą rzecz i grzęzł w niej coraz głębiej, dzień po dniu.
CIĄG DALSZY NA NASTĘPNEJ STRONIE